Tesla pozbywa się metali ziem rzadkich z silnika. To ważniejsza zmiana, niż może się wydawać

Tesla pozbywa się metali ziem rzadkich z silnika. To ważniejsza zmiana, niż może się wydawać

Tesla pozbywa się metali ziem rzadkich z silnika. To ważniejsza zmiana, niż może się wydawać.

Tesla pokazała nowy silnik elektryczny zastosowany w Cybercabie, który nie wykorzystuje metali ziem rzadkich. Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to kolejna techniczna ciekawostka dotycząca samochodu, którego i tak nie kupimy jeszcze w tradycyjny sposób.

W rzeczywistości jest to jeden z ciekawszych kierunków rozwoju napędów elektrycznych, jakie Tesla zapowiedziała w ostatnich latach.

Nie dlatego, że samochód nagle będzie dzięki temu zużywał o połowę mniej energii. Nie dlatego, że silnik bez neodymu jest czymś zupełnie nowym. I nawet nie dlatego, że Tesla jako pierwsza znalazła sposób na zbudowanie takiej jednostki.

Znaczenie tej konstrukcji leży gdzie indziej: w połączeniu wydajności napędu, jego gabarytów, kosztów produkcji oraz bezpieczeństwa łańcucha dostaw.

I właśnie z tej perspektywy warto na nowy silnik Tesli spojrzeć.

Tesla pracowała nad tym od kilku lat

Informacja o silniku pozbawionym metali ziem rzadkich nie pojawiła się nagle we wrześniu 2026 roku.

Tesla mówiła o takim rozwiązaniu już podczas Investor Day w 2023 roku. Firma zapowiadała wówczas nową generację jednostki napędowej wykorzystującej silnik z magnesami trwałymi, ale bez stosowania pierwiastków ziem rzadkich.

To istotny szczegół, ponieważ Tesla od dawna korzysta z różnych typów silników.

W pierwszych Modelach S czy Modelach X dużą rolę odgrywały silniki indukcyjne. Ich zaletą jest między innymi brak magnesów trwałych, a więc również brak konieczności stosowania materiałów magnetycznych zawierających metale ziem rzadkich.

Później Tesla bardzo mocno postawiła jednak na silniki z magnesami trwałymi. Powód jest prosty: pozwalają uzyskać bardzo dobrą sprawność i wysoką gęstość mocy przy niewielkich rozmiarach.

Problem polegał na tym, że najlepsze magnesy trwałe stosowane w samochodach elektrycznych opierają się na materiałach takich jak neodym, a w niektórych rozwiązaniach również na innych pierwiastkach ziem rzadkich.

Tesla próbuje więc zachować zalety silnika z magnesami trwałymi, jednocześnie rezygnując z materiałów, których dostępność i produkcja są strategicznie skoncentrowane. A przez to mogą nastręczać w przyszłości sporo problemów.

Dlaczego metale ziem rzadkich są problemem?

W tym miejscu łatwo wpaść w pułapkę uproszczenia.

Metale ziem rzadkich nie są szczególnie „rzadkie” w sensie geologicznym. Problemem jest przede wszystkim ich wydobycie, separacja, rafinacja i produkcja wysokiej jakości materiałów magnetycznych. Jednym słowem a właściwie dwoma: Jest drogo i ciężko. to tak w dużym skrócie.

No i światowa produkcja jest mocno uzależniona od Chin. To zapewne też nie do końca podoba się tesli, zresztą pewnie nie tylko jej:)

W przypadku samochodów elektrycznych, szczególne znaczenie mają magnesy neodymowe oraz dodatki stosowane w celu poprawy ich właściwości w wysokich temperaturach.

Dla producenta samochodów nie jest to wyłącznie kwestia ceny pojedynczego komponentu.

To kwestia całego łańcucha dostaw.

Jeżeli jeden region świata ma bardzo silną pozycję w wydobyciu, przetwarzaniu i produkcji magnesów, każdy problem handlowy, polityczny czy logistyczny może przełożyć się na produkcję samochodów.

W ostatnich latach było to zresztą coraz bardziej widoczne. Ograniczenia eksportowe dotyczące części metali ziem rzadkich i produktów magnetycznych pokazały producentom samochodów, że dostęp do materiałów potrzebnych do produkcji silników może stać się elementem strategicznym, a nie tylko zakupowym.

Dlatego silnik, który pozwala ograniczyć zależność od takich materiałów, ma dla producenta znacznie większą wartość niż mogłoby wynikać z samej specyfikacji technicznej.

Najciekawsze nie jest nawet to, że silnik nie ma metali ziem rzadkich

Tak wygląda najnowszy silnik napędzający Cybercaba…

Według informacji przedstawionych przy okazji nowego Cybercaba, jednostka napędowa jest również mniejsza i lżejsza od stosowanych wcześniej rozwiązań.

I tutaj zaczyna się prawdziwa inżynieria. Naprawdę zaawansowana.

W samochodzie elektrycznym każdy element układu napędowego wpływa na kilka innych. Jeżeli można zmniejszyć silnik, można inaczej zaprojektować jego mocowanie. Jeżeli jest lżejszy, zmniejsza się masa samochodu. Jeśli zajmuje mniej miejsca, projektanci otrzymują większą swobodę przy projektowaniu całego pojazdu.

Nie zawsze przekłada się to bezpośrednio na dodatkowe kilometry zasięgu.

Ale może przekładać się na niższą masę, niższe koszty produkcji i lepsze wykorzystanie przestrzeni.

A to są parametry, które dla producenta samochodów mają ogromne znaczenie.

Szczególnie wtedy, kiedy mówimy nie o pojedynczym samochodzie, ale o produkcji liczonej w setkach tysięcy lub milionach egzemplarzy.

Nie oczekiwałbym jednak rewolucji w zasięgu

Tutaj warto zachować pewien dystans do marketingowego języka.

Silniki elektryczne już dzisiaj są bardzo sprawne. W najlepszych konstrukcjach sprawność przekracza grubo 90%., a w określonych warunkach może być jeszcze bliższa maksymalnej granicy czyli 100%.

Dlatego poprawienie samego silnika o kilka procent nie oznacza automatycznie kilku procent większego zasięgu samochodu.

Na końcowe zużycie energii wpływa przecież cały samochód: jego masa, aerodynamika, opony, temperatura, układ klimatyzacji, prędkość jazdy, elektronika pokładowa czy charakterystyka pracy baterii.

Z tego powodu nie traktowałbym nowego silnika Tesli jako technologii, która nagle pozwoli samochodom przejeżdżać dwukrotnie większy dystans.

To byłaby po prostu nierealne.

Znacznie bardziej interesujące jest to, że Tesla próbuje poprawić kilka parametrów jednocześnie.

Cybercab jest bardzo dobrym miejscem na taki eksperyment

Nieprzypadkowo nowy silnik pojawił się właśnie w Cybercabie.

To samochód zaprojektowany od podstaw z zupełnie innymi założeniami niż klasyczny Model 3 czy Model Y. Jest niewielki, dwuosobowy i podporządkowany przede wszystkim efektywności oraz wykorzystaniu jako pojazd autonomiczny.

Cybercab uzyskał również bardzo niski certyfikowany poziom zużycia energii – 165 Wh/milę (po naszemu? To 10,25 kWh/100 km). To kosmicznie niski wynik, który dobrze pokazuje, jak wiele można osiągnąć, kiedy samochód od początku projektuje się z myślą o maksymalnej efektywności.

(Amerykańska EPA już sprawdziła co potrafi Cybercab – na baterii 47,6 kWh ta nowoczesna konstrukacja tesli o masie 1412 kg, ma przejechać aż 468 km, na napędzie umiejscowionym z przodu auta. To tak zwany „real range”, bo jeśli chodzi o laboratorium, to wynik jest wręcz oszałamiający – 668,8 km – ale to czysto laboratoryjne warunki nie odzwierciedlające rzeczywistych warunków drogowych)

I właśnie w takim pojeździe można łatwiej wykorzystać zalety kompaktowego układu napędowego.

Mniejszy silnik nie musi być tylko mniejszym silnikiem.

Może oznaczać inną architekturę samochodu.

Pozwolić ograniczyć masę.

Może ułatwić produkcję.

Jak również zmniejszyć zależność od konkretnych dostawców materiałów.

To właśnie suma tych efektów jest tutaj najważniejsza.

Tesla nie odkryła silnika bez metali ziem rzadkich

Warto również wyraźnie zaznaczyć jedną rzecz.

Nie mamy do czynienia z sytuacją, w której Tesla wynalazła pierwszy na świecie silnik elektryczny pozbawiony metali ziem rzadkich.

Takie konstrukcje istnieją od dawna.

Silniki indukcyjne nie potrzebują magnesów trwałych. Stosowane są również inne rozwiązania wykorzystujące materiały magnetyczne niewymagające klasycznych pierwiastków ziem rzadkich.

Wyzwaniem jest coś innego.

Chodzi o uzyskanie odpowiedniej gęstości mocy, sprawności, trwałości, kosztu produkcji i możliwości masowej produkcji jednocześnie.

I właśnie dlatego projekt Tesli jest interesujący!

Nie dlatego, że sama idea jest nowa, ale dlatego, że próbuje ją wdrożyć producent produkujący samochody na dużą skalę.

To zupełnie inny poziom wyzwania niż zbudowanie prototypu laboratoryjnego.

To może być ważniejsze dla przemysłu niż dla kierowcy

Kierowca Cybercaba prawdopodobnie nie poczuje różnicy wynikającej z samego faktu, że w silniku nie ma neodymu.

Samochód będzie po prostu zużywał określoną ilość energii, osiągał określoną moc i przejeżdżał określony dystans.

Nie pojawi się na ekranie komunikat: „Twój silnik właśnie ominął chiński łańcuch dostaw”😉.

Dla producenta sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej.

Jeżeli można zbudować silnik o podobnych lub lepszych parametrach bez korzystania z materiałów obarczonych ryzykiem dostaw, mamy potencjalnie bardzo konkretną przewagę.

A jeżeli dodatkowo można zmniejszyć jego rozmiar i masę, dochodzą kolejne korzyści.

Dlatego uważam, że największe znaczenie tej technologii może być widoczne nie w folderze reklamowym samochodu, ale w fabryce. i przede wszystkim w kosztach. Bo jeśli coś jest określane jako „upgrade” – to siłą rzeczy jest lepsze, mniejsze, bardziej dopracowane i w ponad 95% przypadków tańsze niż poprzednik. O to przecież chodzi w tej całej zabawie. Robić lepsze i bardziej wydajne ale za mniejsze pieniądze…

I tutaj Tesla może mieć jeszcze jeden cel

W przypadku Tesli trudno patrzeć na tę technologię wyłącznie przez pryzmat jednego Cybercaba.

Firma od lat próbuje upraszczać swoje samochody i jednocześnie ograniczać liczbę elementów oraz materiałów, od których zależy produkcja.

To podejście było widoczne przy projektowaniu kolejnych generacji napędów, elektroniki i procesów produkcyjnych.

Silnik pozbawiony metali ziem rzadkich bardzo dobrze wpisuje się w tę filozofię.

Jeżeli rozwiązanie okaże się odpowiednio tanie, trwałe i skalowalne, może w przyszłości trafić również do innych modeli.

I dopiero wtedy będziemy mogli mówić o naprawdę dużym znaczeniu tej technologii.

Nie wtedy, kiedy Tesla pokaże jeden interesujący silnik.

Tylko wtedy, kiedy taki silnik stanie się standardowym elementem produkowanych seryjnie samochodów. A mówimy o milionach aut wyjeżdżających z fabryk Tesli. To jest właśnie skala, a skala to niższe koszty i większe zyski.

To nie jest rewolucja. To jest bardzo rozsądny kierunek rozwoju

I chyba właśnie tak należy dzisiaj patrzeć na nową jednostkę napędową Tesli.

Nie jako na technologiczną rewolucję, która za kilka miesięcy zmieni cały rynek samochodów elektrycznych.

Ale jako na bardzo konkretną odpowiedź na kilka problemów, z którymi przemysł motoryzacyjny będzie mierzył się coraz częściej.

Jak zmniejszyć masę i poprawić gęstość mocy? Ograniczyć koszty oraz uprościć produkcję? Jak wreszcie zmniejszyć zależność od krytycznych surowców? To ostatnie jest mega ważne w przemyśle i to nie tylko motoryzacyjnym.

Bo dziś włodarze nie tylko Tesli zadają sobie pytanie: jak budować samochody elektryczne w świecie, w którym bezpieczeństwo łańcuchów dostaw staje się równie ważne jak sama technologia?

Tesla próbuje odpowiedzieć na wszystkie te pytania jednocześnie.

Dlatego nowy silnik Cybercaba jest rzeczywiście ważnym osiągnięciem.

Najważniejsze jest to, że firma próbuje doprowadzić taką konstrukcję do poziomu, na którym będzie można produkować ją masowo, tanio i bez uzależnienia od strategicznych surowców.

A to w długiej perspektywie może okazać się znacznie ważniejsze, niż kilka procent poprawy sprawności, czy wydłużenie zasiegu. Tesla chce działać globalnie, tak aby po zastosowaniu nowego rozwiązania, było: taniej, łatwiej, szybciej i bez uzależnienia od kogokolwiek, w sensie dostaw.

I właśnie takich zmian w elektromobilności będziemy prawdopodobnie obserwować coraz więcej. Nie zawsze będą spektakularne. Często nawet nie będzie ich widać z miejsca kierowcy. Ale to one mogą decydować o tym, ile będzie kosztował samochód elektryczny za pięć czy dziesięć lat i jak łatwo będzie go produkować na masową skalę.

Fot: x.com/KShiverz, x.com/SawyerMerritt

Tesla Robotaxi wjeżdża do prawdziwego świata I właśnie tam zaczynają się schody

Tesla Robotaxi wjeżdża do prawdziwego świata I właśnie tam zaczynają się schody

Tesla Robotaxi wjeżdża do prawdziwego świata. I właśnie tam zaczynają się schody. Czyli miało być dużo łatwiej a potem przyszło życie:)

Przez lata Elon Musk sprzedawał światu pewną wizję. Nie chodziło o samochód elektryczny. Ten etap Tesla i sam Musk mają już dawno za sobą.

Nie chodziło nawet o baterie, choć przez lata, to właśnie one były sercem całej rewolucji.

Prawdziwym celem zawsze była autonomia. Samochód, który nie potrzebuje kierowcy. Samochód, który sam zarabia na siebie, który zamiast stać pod domem przez 95% czasu, wozi pasażerów przez całą dobę, kiedy my popijamy drinka z żoną, siedząc przy kominku w zimowy wieczór. Nasz EV od Tesli zasuwa po ulicach zarabiając dla nas kasę.

Brzmiało to jak futurystyczna wizja rodem z Doliny Krzemowej. Jedni widzieli w niej przyszłość transportu. Inni kolejny nieco szalony plan i oczywiście wszystko w tym odważnym terminie, który nigdy nie zostanie dotrzymany.

Dziś jednak dyskusja wygląda zupełnie inaczej

Bo Tesla przestała mówić o Robotaxi. Tesla zaczęła je uruchamiać. I właśnie wtedy zaczęły się naprawdę interesujące pytania.

Nie o zasięg.

Nie o moc.

Nie o przyspieszenie.

Tylko o to, co stanie się wtedy, gdy autonomiczny samochód, spotka na swojej drodze coś, czego nie znajdziemy w prezentacji dla inwestorów. Chodzi o policję, wypadek, straż pożarną, nagłą zmianę organizacji ruchu, ulewę czy nawet gęstą mgłę.

Czyli wszystko to, co codziennie spotykamy na drogach. A co może się zdarzyć w sposób błyskawiczny i całkowicie nieoczekiwany. Nagle…

Kilka dni temu Tesla opublikowała dokument, który wielu osobom umknął. A szkoda, bo jest prawdopodobnie jednym z najciekawszych materiałów dotyczących przyszłości autonomicznej jazdy.

To swoista instrukcja współpracy Robotaxi ze służbami ratunkowymi. Dokument przygotowany dla stanu Arizona pokazuje, jak Tesla wyobraża sobie funkcjonowanie floty autonomicznych pojazdów w prawdziwym świecie. Nie tym laboratoryjnym, tym codziennym.

I nagle okazuje się, że za wizją samochodu bez kierowcy stoi ogromna armia procedur, ludzi i zabezpieczeń.

Bo co właściwie ma zrobić Robotaxi, gdy za nim pojawi się radiowóz na sygnale?

Tesla twierdzi, że pojazd automatycznie rozpozna sytuację i zjedzie w bezpieczne miejsce. Brzmi rozsądnie. Dopiero po chwili dociera do nas jednak, jak ogromne wyzwanie kryje się za tym jednym zdaniem.

Dla człowieka to intuicyjna decyzja. Dla komputera to tysiące analiz wykonywanych w czasie rzeczywistym.

Czy pobocze jest wystarczająco szerokie?

Czy można się zatrzymać?

Czy pojazd jadący obok nie stworzy zagrożenia?

Czy sygnał pochodzi od policji, straży pożarnej czy karetki?

My robimy to odruchowo. Maszyna musi się tego nauczyć. Jeszcze ciekawiej robi się wtedy, gdy na drodze pojawia się miejsce wypadku policjant machający rękami, strażak kierujący ruchem czy pachołki ustawione w sposób, którego nie przewidział projektant drogi.

Tesla twierdzi, że jej system potrafi interpretować sygnały wydawane przez służby i dostosowywać się do tymczasowej organizacji ruchu. W teorii brzmi świetnie. W praktyce właśnie takie sytuacje od lat należą do najtrudniejszych dla systemów autonomicznej jazdy.

I tutaj dochodzimy do rzeczy, o której mówi się zdecydowanie za mało.

Robotaxi nie jest samotnym wilkiem. To nie jest tak, że auto zostaje wyprodukowane po czym wypuszczone „samopas” – jak to się czasami mówi, i zapominamy o nim, niech sobie radzi:)

Za kulisami cały czas pracują ludzie

Tesla stworzyła specjalny zespół wsparcia dla służb ratunkowych. W razie dużego zdarzenia, operatorzy mogą tworzyć wirtualne strefy zakazu ruchu, dzięki którym autonomiczne pojazdy będą omijać miejsca wypadków czy akcji ratunkowych. Coś jak odkurzacz Roomba, i specjalne elektroniczne ograniczniki, które jeśli je odpowiednio ustawimy, nie pozwolą Roombie wjechać w zastrzeżony obszar. Tu działa to tak samo. Sygnał idzie z centrali do aut, które wybierają inną bezpieczną trasę przejazdu, omijając ryzykowny obszar.

To bardzo ciekawy sygnał dla nas wszystkich, bo pokazuje, że nawet najbardziej zaawansowana sztuczna inteligencja, nadal potrzebuje ludzkiego nadzoru. Przynajmniej jak na razie, czyli na obecnym etapie rozwoju.

Zresztą podobnie wygląda sprawa kolizji

W internetowych dyskusjach często słyszymy dwa skrajne stanowiska.

Jedni twierdzą, że autonomiczne samochody są już niemal idealne. Drudzy, że każda stłuczka oznacza porażkę całej technologii.

Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku.

Tesla ujawniła, że w przypadku kolizji Robotaxi automatycznie uruchamia procedury bezpieczeństwa. Włącza światła awaryjne, odblokowuje drzwi, opuszcza szyby i nawiązuje połączenie z centrum wsparcia. Służby mogą uzyskać dostęp do danych pojazdu, zapisów kamer i telemetrii potrzebnej do późniejszej analizy zdarzenia.

Brzmi profesjonalnie! Bez dwóch zdań…

Ale jednocześnie przypomina, że nawet najbardziej zaawansowany system świata nie eliminuje całkowicie ryzyka.

Zwłaszcza że pierwsze miesiące działania Robotaxi nie były wolne od problemów. Do amerykańskich regulatorów trafiły raporty dotyczące kilku incydentów, a część z nich dotyczyła nawet sytuacji, w których pomagać musieli zdalni operatorzy.

I właśnie dlatego największym przeciwnikiem Robotaxi może okazać się nie człowiek

Nie konkurencja, nawet nie regulatorzy, tylko pogoda. Deszcz nie czyta folderów reklamowych. Mgła nie interesuje się harmonogramem wdrożeń. Śnieg nie sprawdza komunikatów prasowych.

Tesla otwarcie przyznaje, że jej autonomiczna flota, ma jasno określone granice działania. Robotaxi może funkcjonować w dzień i w nocy, radzić sobie z umiarkowanym deszczem czy lekką mgłą. Ale podczas powodzi, oblodzenia lub ekstremalnych warunków pogodowych system po prostu nie będzie działał.

To ważna informacja!

Zwłaszcza, że przez lata, wokół autonomicznej jazdy powstał mit technologii niemal nieomylnej.

Tymczasem Tesla pokazuje coś zupełnie odwrotnego. Pokazuje system, który zna swoje ograniczenia. I być może właśnie to jest najbardziej dojrzały element całego projektu.

Patrząc na rozwój Robotaxi można odnieść wrażenie, że znajdujemy się dokładnie w tym samym miejscu, w którym sto lat temu znajdowała się motoryzacja.

Samochody już istnieją, technologia działa. Ale nikt nie wie jeszcze, jak szybko zmieni świat.

Za kilka lat możemy wspominać pierwsze Robotaxi, jako początek największej rewolucji transportowej od czasów Henry’ego Forda.

Możemy też dojść do wniosku, że droga do pełnej autonomii była znacznie dłuższa, niż wydawało się Elonowi Muskowi.

Jednego jestem jednak pewien.

Najważniejszy test nie odbywa się dziś w laboratorium Tesli. Nie odbywa się również podczas konferencji dla inwestorów.

Odbywa się na zwykłej ulicy

Tam, gdzie pada deszcz. Tam, gdzie policjant ręcznie kieruje ruchem, gdzie kierowcy popełniają błędy, gdzie nie istnieją idealne warunki.

Bo właśnie w takim świecie, realnym świecie, Robotaxi musi udowodnić swoją wartość.

Przez lata największym wyzwaniem autonomicznej jazdy była technologia. Dziś technologia schodzi na drugi plan. Prawdziwym zaś przeciwnikiem Robotaxi staje się rzeczywistość.

A rzeczywistość nigdy nie jeździ według scenariusza…

WhatsApp WhatsApp us